Po czym poznać damę w metrze?

Francuski czasownik 'maquiller', od którego pochodzi słowo makijaż, wśród kilku znaczeń posiada jedno dość symptomatyczne: fałszować. Mechanizm fałszerstwa zakłada element kłamstwa, podania nieprawdziwych informacji na temat danego przedmiotu. I tak np. o fałszywych dokumentach czy banknotach podaje się informację, że są prawdziwe. Jeśli informacja uznana zostanie za wiarygodną, fałszerstwo można nazwać udanym. Obserwując panie wykonujące makijaż w tramwaju czy metrze, z rozłożonym wokół instrumentarium, z brakiem jakiegokolwiek wysiłku ukrycia procederu "fałszerstwa", zastanawiam się, jak doszło do zagubienia głównej idei sztuki makijażu.

W kulturach Dalekiego Wschodu kobieta przyłapana przez mężczyznę, nawet własnego męża, na robieniu makijażu, czuła się upokorzona. Ma to jednak niewiele wspólnego z naiwnością i wiarą w to, że ów pan na pewno nie miał dotąd pojęcia o poprawianiu przez nią urody. Chodzi raczej o to, że kobieta pragnęła ukryć przed nim sam proces przeistaczania się w bóstwo. Pamiętajmy, że miała w końcu dla siebie "kobiecą" część domu, gdzie mężczyzna zwyczajowo nie wchodził. Bo właśnie wysiłkowość, pojedyncze prozaiczne czynności, czasochłonne starania - wszystko to miało być okryte zasłoną tajemnicy. Tkwiła w tym intuicja, że damie powabny wygląd przychodzi mimochodem i takie też wrażenie powinna sprawiać.

Ten szlachetny w moim mniemaniu pozór, stawał się przecież cegiełką do budowania rzeczywistości lekkiej, pięknej i przyjemnej. Stąd też dzisiejsze podręczniki savoir-vivre'u wskazują na jedyne miejsce do wykonywania makijażu odosobnione pomieszczenie toaletowe. Za szczególny nietakt uważa się zaś poprawianie urody przy stole. Jedyne towarzystwo, dozwolone podczas tej czynności, to towarzystwo innych kobiet przebywających akurat w damskiej toalecie. Nie znajduję też uzasadnienia dla zdradzania mężczyznom sekretów naszego pięknego wyglądu. Upieram się, że nie muszą wiedzieć o zbawiennej funkcji prostownicy ani odróżniać tuszu od eyelinera.

Kate Moss zapytana kiedyś, co uważa za największy grzech przeciw dobremu stylowi, odpowiedziała: "wyglądać na wystrojoną". Jest rzeczywiście coś budzącego politowanie w wizerunku, który śle komunikat: osięgnięto mnie w wyniku usilnych starań. Obsesyjność, pretensjonalność, przerost formy...?

W marcu ubiegłego roku "The Daily Express" opublikował wyniki ankiety przeprowadzonej przez Debenhamsa: dziewięć na dziesięć brytyjskich kobiet wykonujących makijaż przed wyjściem z domu poprawia go później w pociągu, metrze lub autobusie.

W Tokio w 2009 roku w metrze zapoczątkowano kampanię społeczną pod nazwą "Courtesy Campaign" ("Kampania Uprzejmości"). W jej ramach wywieszono w wagonach metra piktogramy savoir-vivre, sugerujące podróżnym grzeczne zachowania. Znalazły się tam między innymi upomnienia skierowane do malujących się publicznie kobiet:

Akcja miała oczywiście charakter jedynie informacyjny, bo nikt przestrzegania zasad nie egzekwował. Organizator o kampanii wypowiedział się następująco: "Wyświetlamy plakaty Kampanii Uprzejmości wewnątrz każdej stacji wzdłuż linii metra w Tokio, chcąc zobowiązać wszystkich pasażerów do zapewnienia sobie nawzajem komfortowych warunków podróży. Kluczowy zwrot kampanii: Proszę zrobić to w domu, zaopatrzony został dodatkowo w humorystyczny rysunek, przestrzegający pasażerów, by powstrzymywali się od działań lub zachowań, które są niedopuszczalne w miejscach publicznych."

O ile w naszym kraju taka kampania zapewne nie wzbudziłaby autorytetu przez powszechnie gorzkie skojarzenia z tonem propagadnowo-upominającym, o tyle samo przekazanie informacji o małoeleganckim charakterze wykonywania makijażu w miejscu publicznym uważam za cenne. Niewiedza często bowiem może być łatwo, a niesłusznie, poczytana nam za obcesowość.
Trwa ładowanie komentarzy...